BIP W BRAGANÇY
Są takie wyjazdy, które zmieniają perspektywę, i takie, po których po prostu masz ochotę uściskać cały świat. Mój majowy wyjazd do Portugalii w ramach programu Erasmus+ BIP zdecydowanie należał do obu tych kategorii.
Główny cel? Bragança i intensywny kurs Emotional Education. Zanim jednak zanurzyłam się w świecie emocji na warsztatach, postanowiłam dać sobie chwilę na złapanie portugalskiego słońca.
Moja portugalska przygoda nie mogła rozpocząć się lepiej. Zanim dotarłam na północ do Bragançy, dałam sobie jeden dzień na chłonięcie klimatu Lizbony. To było jak wciśnięcie przycisku “reset” i idealne preludium do tego, co miało nadejść.
Miasto przywitało mnie niesamowitą atmosferą, która od razu kradnie serce. Wąskie, strome uliczki, kolorowe fasady i to nieuchwytne, spokojne tempo życia, które błyskawicznie się udziela. Oczywiście, mój pierwszy kulinarny przystanek mógł być tylko jeden – legendarne pastéis de nata. Chrupiące ciasto, wciąż ciepły budyniowy środek i delikatna nuta cynamonu… To po prostu trzeba przeżyć na własnych kubkach smakowych!
Resztę dnia spędziłam na zgubieniu się wśród zachwycających zabytków miasta. Zamiast sztywnego planu, pozwoliłam sobie na spontaniczne odkrywanie zaułków i punktów widokowych. Jednak to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to bliskość wielkiej wody. Poczucie oceanicznej bryzy i widok bezkresnego błękitu podziałały na mnie niesamowicie kojąco. Z takim naładowanym akumulatorem, pełna pozytywnej energii, byłam gotowa ruszyć w stronę mojego głównego celu.
Po słonecznej Lizbonie przyszedł czas na serce mojego wyjazdu – kampus Instituto Politécnico de Bragança (IPB). To właśnie tam, w międzynarodowym gronie, przez kolejnych kilka dni zgłębialiśmy temat Emotional Education. Jeśli myślicie, że były to tylko lekkie warsztaty o pozytywnym myśleniu, to grubo się mylicie. Ten program to było prawdziwe zejście w głąb siebie. Oto co najbardziej zapadło mi w pamięć z tych intensywnych dni na IPB:
Sztuka, która porusza najczulsze struny: W ramach zajęć odwiedziliśmy galerię sztuki. Ekspozycja, którą tam zobaczyliśmy, była głęboka, mroczna, wręcz depresyjna. Zamiast zachwytu nad ładnymi obrazkami, zafundowano nam przestrzeń do trudnych, ale niezwykle potrzebnych refleksji nad ludzką naturą i najciemniejszymi zakamarkami naszej psychiki.
Wykłady bez tabu: Zajęcia kompletnie mnie zaskoczyły (w pozytywnym sensie!). Nie baliśmy się poruszać tematów ostatecznych. Wykład o śmierci był jednym z tych momentów, w których na sali zapada absolutna cisza, a w głowie zaczynają układać się zupełnie nowe perspektywy. Uświadomiło mi to, że edukacja emocjonalna to akceptacja pełnego spektrum naszych doświadczeń.
Ruch, taniec i uwalnianie energii: Żeby zachować balans po tak ciężkich tematach, program oferował świetne zajęcia sportowe. Taniec okazał się fantastycznym sposobem na “przetrawienie” emocji, integrację z resztą grupy z Erasmusa i wyrzucenie z siebie napięcia. To niesamowite, jak ciało i umysł potrafią ze sobą współpracać!
Góry, zamek i integracja “po polsku”: Edukacja emocjonalna to też relacje! Poza salami wykładowymi stworzyliśmy fantastyczną, zgraną paczkę z niesamowitą ekipą z mojej uczelni oraz znajomymi z uczelni z Konina. Znaleźliśmy czas na eksplorację okolicy – zorganizowaliśmy wspólny hiking w góry oraz zwiedzanie malowniczego, historycznego zamku w Bragançy. A po aktywnym dniu? Nic nie łączyło lepiej niż długie wieczorne rozmowy i wspólne zajadanie się pizzą oraz sushi. Te nieoficjalne momenty absolutnie skradły moje serce!
Konferencja ICEE: Prawdziwą wisienką na torcie pod koniec naszego pobytu w Bragançy była konferencja ICEE. Miałam okazję wysłuchać wspaniałych prelekcji, które spięły wszystko to, o czym rozmawialiśmy przez cały tydzień. Poziom merytoryczny i inspirujący prelegenci dali mi ogromnego kopa do dalszego zgłębiania tematu.
Wszystko, co dobre, szybko się kończy, ale mój ostatni dzień w Portugalii okazał się absolutnie perfekcyjnym zwieńczeniem tego niesamowitego tygodnia. Po intensywnych, przepełnionych głęboką refleksją dniach na uczelni, przyszedł czas na totalny reset, wiatr we włosach i… odrobinę szaleństwa!
Razem z fantastycznymi znajomymi z Czech, których poznałam podczas programu (to właśnie ta niesamowita magia Erasmusa – ludzie z różnych stron Europy, którzy w kilka dni stają się zżytą ekipą!), ruszyliśmy prosto do Porto. Zamiast standardowego zwiedzania z przewodnikiem, postanowiliśmy pójść na żywioł. Wskoczyliśmy w pianki, chwyciliśmy deski i ruszyliśmy na spotkanie z falami Atlantyku. Surfing okazał się strzałem w dziesiątkę! Walka z wodą, mnóstwo śmiechu, upadki i sól na skórze – to był dokładnie ten rodzaj fizycznego uziemienia i mentalnego uwolnienia, którego po tak wymagającym emocjonalnie tygodniu potrzebowaliśmy.
Po wyjściu z wody i złapaniu oddechu, ruszyliśmy na podbój miasta. Porto ma w sobie zupełnie inny ładunek energetyczny niż Lizbona czy Bragança. Zgubiliśmy się w stromych, urokliwych uliczkach, chłonąc surowy, a zarazem romantyczny klimat tego miejsca. To był dzień pełen spontaniczności, rozmów i łapania ostatnich wspólnych chwil przed powrotem do rzeczywistości.
Karolina, Lekarski II